ul. Dąbrowszczaków 39, I p.
10-542 Olsztyn (mapa)

 

+48 89 527 63 73
+48 504 914 186

PL FR
CPF Olsztyn
moustache

Chociaż tradycja europejskich ruchów o charakterze uniwersalistycznym i integracyjnym ma historię równie długą, jak i cała Europa, to właśnie traktaty rzymskie były bezpośrednimi „przodkami” współczesnej Unii Europejskiej i integracji kontynentu w kształcie, jaki znamy obecnie. To właśnie w traktatach rzymskich 1957 roku należy widzieć fundament swobody podróżowania, wspólnego rynku oraz współczesnych instytucji europejskich.

Współcześni Europejczycy często traktują takie elementy jak brak kontroli granicznych, możliwość pracy za granicą czy wspólną walutę jako coś oczywistego. Rzadko jednak zastanawiają się, kiedy i dlaczego te udogodnienia zaczęły istnieć. Podobnie jak w przypadku wielu procesów historycznych, ich źródło tkwi w jednym, pozornie technicznym wydarzeniu, podpisaniu dokumentów, które zapoczątkowały nową epokę współpracy między państwami Europy Zachodniej.

Traktaty rzymskie zostały podpisane 25 marca 1957 roku w Rzymie. Sygnatariuszami było sześć państw: Francja, Republika Federalna Niemiec, Włochy, Belgia, Holandia i Luksemburg. W imieniu tych krajów podpisy złożyli m.in. Konrad Adenauer czy Paul-Henri Spaak. Dokumenty weszły w życie 1 stycznia 1958 roku i obejmowały dwie odrębne umowy: powołanie Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej oraz Europejskiej Wspólnoty Energii Atomowej.

Aby zrozumieć znaczenie tych traktatów, należy cofnąć się do realiów powojennej Europy. Kontynent był wyniszczony po II wojnie światowej, a jego państwa poszukiwały sposobu na uniknięcie kolejnych konfliktów oraz odbudowę gospodarki. Już wcześniej powstała Europejska Wspólnota Węgla i Stali, która miała kontrolować kluczowe surowce wykorzystywane w przemyśle zbrojeniowym. Szybko jednak podjęto decyzje o rozszerzeniu współpracy.

Istotną rolę odegrał tu Jean Monnet, który zaproponował stworzenie nowych struktur. Z jednej strony chodziło o wspólny rynek, który umożliwiłby swobodny przepływ towarów, usług i kapitału, z drugiej zaś o rozwój energetyki jądrowej jako odpowiedzi na rosnące zapotrzebowanie na energię. Raport przygotowany pod kierownictwem Paula-Henriego Spaaka stał się podstawą dalszych negocjacji i ostatecznych ustaleń.

Treść traktatów odzwierciedlała kompromis pomiędzy różnymi wizjami integracji. Europejska Wspólnota Gospodarcza miała doprowadzić do powstania unii celnej i stopniowego znoszenia barier handlowych. Z kolei Euratom koncentrował się na rozwoju i pokojowym wykorzystaniu energii jądrowej. Powołano również wspólne instytucje, takie jak zgromadzenie parlamentarne czy trybunał, które stały się zalążkiem dzisiejszych struktur unijnych.

Co ciekawe, historia podpisania traktatów kryje również mniej formalne epizody. Według późniejszych doniesień, dokumenty w momencie ceremonii mogły nie być jeszcze w pełni wydrukowane, a część stron pozostawała pusta. Niezależnie od tego, symboliczny wymiar wydarzenia był ogromny – państwa, które jeszcze niedawno znajdowały się po przeciwnych stronach konfliktu, zdecydowały się na ścisłą współpracę.

Długofalowe skutki podpisania traktatów są trudne do przecenienia. To właśnie na ich podstawie rozwijała się późniejsza integracja, prowadząca do powstania dzisiejszej Unii Europejskiej. Kolejne reformy, takie jak Traktat z Maastricht czy Traktat lizboński, tak naprawdę rozwijały i pogłębiały rozwiązania zapoczątkowane w Rzymie.

Wpływ tego wydarzenia widoczny jest dziś w niemal każdym aspekcie życia w Europie – od standardów gospodarczych, przez mobilność obywateli, aż po wspólne regulacje prawne. Podobnie jak w przypadku innych przełomowych momentów historii, jego znaczenie nie polega jedynie na samym akcie podpisania dokumentów, lecz na procesach, które uruchomił i które trwają do dziś.

Dominik Sucharzewski

Kiedy myślimy o pierwszym samolocie, który kiedykolwiek został wynaleziony, przychodzą nam na myśl nazwiska amerykańskich braci Wright, którym przypisuje się pierwszy udany lot 17 grudnia 1903 roku. Jednak rzeczywistość wygląda inaczej. Otóż, małe miasto na południowym zachodzie Francji ma całkiem uzasadnione prawo do bycia miejscem narodzin wynalazcy pierwszego samolotu.

W 1841 roku Muret, wiejskie miasteczko położone 20 km na południe od Tuluzy, liczyło zaledwie około czterech tysięcy mieszkańców. To tam wychował się chłopiec, Clément Ader, urodzony 2 kwietnia tego samego roku, który od dzieciństwa fascynował się lotem owadów i ptaków. Ponieważ obsesyjnie marzył o lataniu, próbował uczyć się od tych zwierząt i stosować ich metody w praktyce, będąc nie tylko obserwatorem, ale także eksperymentatorem.

Jako młody chłopiec pewnego bardzo wietrznego dnia, a region słynie z silnego wiatru, zwanego Vent d’Autan, Clément Ader wyszedł nocą z improwizowanymi skrzydłami, które nazwał „kostiumem ptaka”, i oparł się na małym klifie nad rzeką Garonną, tuż przy ulicy, na której się urodził, a która to obecnie noszącej jego imię. Próbował manewrować skrzydłami pod różnymi kątami. Czasem kucał, czasem stawał na palcach. Nagle poczuł, że wiatr unosi go z ziemi. Po kilku sekundach porwał go silny podmuch, a on sam wrócił do domu przestraszony.

Później kontynuował naukę w lokalnej szkole przemysłowej w Tuluzie, by zostać inżynierem. Pracował w Kompanii Kolei Południowych (fr. Compagnie des chemins de fer du Midi), a następnie w Paryżu. Dzięki kilku swoim wynalazkom, w tym teatrofonowi, umożliwiającemu słuchanie spektakli teatralnych w domu przez telefon, zarobił pieniądze, które przeznaczył na dalsze obserwacje, zarówno w swoim prywatnym ptasim ogrodzie, jak i podczas podróży. W swoich wspomnieniach o lotnictwie wojskowym pozostawił wspaniałe opisy lotu bocianów obserwowanych w Strasburgu i wielkich sępów badanych w Algierii w 1882 roku. Opisy te znajdują się na stronach 39–51 w książce L’Aviation militaire, dostępnej w wolnym dostępie na stronie Biblioteki Narodowej Francji: https://gallica.bnf.fr/ark:/12148/bpt6k9810093p/f73.item.

Te obserwacje nie były wynikiem wyłącznie czystej ciekawości intelektualnej. Clément Ader chciał latać i latał. Trzynaście lat przed braćmi Wright, 9 października 1890 roku, jego ciekawa, nietoperzowata maszyna nazwana Éole (francuskie imię greckiego boga wiatru, Eola) oderwała się od ziemi na około pięćdziesiąt metrów. Samolot nie wzbił się wysoko, tylko na 20 centymetrów nad ziemią, ale leciał.

Armia francuska, zainteresowana tą technologią, sfinansowała kolejne prototypy, ale pozostawały one niestabilne i słabo sterowne, co uznane zostało za niepowodzenie. Finansowanie Adera zostało wstrzymane. Jego Avion III, testowany w październiku 1897 roku, przeleciał około 300 metrów, ale nie dało się go kontrolować przy silnym wietrze. Ponieważ nie mógł kontynuować budowy kolejnych prototypów, a jego wysiłki były praktycznie niezauważone, wycofał się kilka kilometrów na południe, do rodzinnego Muret, gdzie kupił posiadłość Ribonnet, winiarnię, którą starał się doprowadzić do doskonałości.

Pozostał jednak do końca życia orędownikiem rozwoju lotnictwa, publikując na przykład wpływową i pionierską książkę o lotnictwie wojskowym w 1909 roku. Uznanie zyskał dopiero w późniejszych latach. Francuskie słowo „avion”, czyli samolot, pochodzi od nazwy, którą nadał swoim prototypom, Avion 1–3. W 1922 roku otrzymał Legię Honorową (najwyższe odznaczenie francuskie), zaledwie trzy lata przed śmiercią.

Jego pośmiertna sława rosła. W tym czasie Tuluza stawała się coraz ważniejszym centrum lotnictwa. Dużą rolę odegrała w tym legendarna Aéropostale, która od 1928 roku jako pierwsza realizowała połączenia poczty lotniczej między Europą a Ameryką Południową. Pracował w niej Antoine de Saint-Exupéry, który opisał swoje doświadczenia w pierwszych powieściach: Courrier Sud w 1929 roku oraz Vol de Nuit w 1931 roku. Później do rozwoju regionu przyczyniły się także rosnące firmy lotnicze południowo-zachodniej Francji. Imię Clémenta Adera było wówczas pamiętane. Airbus na przykład nazwał jedną ze swoich hal pod Tuluzą jego imieniem w 1989 roku.

Jeszcze wcześniej zaś, przy okazji inauguracji Parc Clément Ader w Muret w 1930 roku, zgromadziło się około 30 000 osób. Obecne były ważne osobistości polityczne i przemysłowe, w tym przyszły prezydent Francji Vincent Auriol, który był wówczas burmistrzem Muret.

W parku tym kryje się też dość niespodziewany polski akcent. Monumentalny pomnik przedstawiający Clémenta Adera studiującego ptaki, nad którym wznosi się skrzydlaty Ikar, oraz mniejsze stele poświęcone wszystkim pionierom lotnictwa, zostały wykonane przez francuskiego artystę polskiego pochodzenia, Paula Landowskiego, znanego głównie z projektu monumentalnego posągu Chrystusa w Rio de Janeiro.

Jeśli chcecie dowiedzieć się nieco więcej o południowo-zachodniej Francji, zapraszam serdecznie na kolejne Café Français, które odbędzie się 13.03 (piątek) o godzinie 17:30 i będzie poświęcone Tuluzie i jej historii. Będę miał przyjemność je poprowadzić.

Autor: Grégoire Blot

Tłumaczenie: Dominik Sucharzewski

Niewiele państw i narodów może w swojej historii pochwalić się jednym wydarzeniem historycznym, które aż w takim stopniu definiowałoby jego teraźniejszość. Jednym z takich państw jest Wielka Brytania, dla którego bitwa pod Hastings w 1066 roku ma bezpośrednie przełożenie zarówno na stosunki ekonomiczne, system polityczny, jak i również (i o tym będziemy mówić) język.

Do napisania tego tekstu skłoniła mnie ciekawa obserwacja. Wiele osób zaczynających naukę języka francuskiego, a które mają znajomość języka angielskiego z wcześniejszych etapów edukacji, zwraca uwagę na bardzo wyraźne podobieństwa leksykalne pomiędzy oboma językami. Niektórzy myślą nawet, że to francuski czerpie swoje słownictwo z języka angielskiego. Jak mawia klasyk: nic bardziej mylnego. Oczywiście anglicyzmy we współczesnym języku francuskim istnieją i mają się dobrze, ale większość podobieństw, które rozpoznajemy ucząc się francuskiego to zapożyczenia angielskie z języka francuskiego. Jak to się jednak stało, że języki z zupełnie odmiennych grup językowych tak wzajemnie na siebie oddziałują?

Bitwa pod Hastings miała miejsce 14 października 1066 roku w pobliżu miasta Hastings w południowej Anglii. Stoczyli ją wojownicy normańscy pod wodzą Wilhelma Zdobywcy oraz Anglosasi dowodzeni przez króla Harolda II. Wilhelm, książę Normandii, rościł sobie prawo do angielskiego tronu po śmierci Edwarda Wyznawcy, podczas gdy Harold bronił korony jako legalny następca. Bitwa zakończyła się zwycięstwem Normanów, śmiercią Harolda i rozpoczęciem normańskiej okupacji Anglii. Reperkusje tej bitwy widoczne są po dziś dzień. Jeśli któryś z czytelników jest zainteresowany jej wpływem nie tylko na współczesny język angielski to polecam krótki tekst autorstwa Paula Kingsnortha opublikowany w Guardianie pt. „High house prices? Inequality? I blame the Normans” (pl. Wysokie ceny nieruchomości? Nierówności? Winię za to Normanów).

Po zwycięstwie Normanów w Anglii władzę polityczną, sądowniczą i administracyjną przejęła francuskojęzyczna elita. Dwór królewski, urzędy i sądy funkcjonowały w języku francuskim (anglo-normańskim), podczas gdy angielski pozostał językiem ludu. Dowody? Bardzo wiele słów angielskich związanych z prawem, administracją i wojskiem (czyli dawnymi prerogatywami króla i dworu) pochodzi z języka francuskiego. Przykłady: court, judge, government, army albo art. W rezultacie angielski wzbogacił się również o charakterystyczne dla tego języka podwójne leksykalne pary: jedno słowo rodzimie anglosaskie, używane w mowie potocznej, i jego francuskie odpowiedniki o tonie oficjalnym lub eleganckim, np. askinquire, kinglyroyal, freedomliberty. Różne badania lingwistyczne estymują podobieństwo leksykalne pomiędzy oboma językami na od 30% do 60%. Obie te wartości są duże biorąc pod uwagę, że są to języki z odmiennych grup. Angielski jest językiem germańskim, a francuski romańskim.

Wpływy francuskie na dworze królewskim zaczęły kończyć się wraz z zakończeniem Wojny stuletniej. Mało kto pamięta, że dla ówcześnie żyjących ludzi nie była to wojna między narodami angielskim i francuskim o dominację w tej części Europy, lecz konflikt lenny pomiędzy dwoma spokrewnionymi ze sobą rodami francuskimi. Koniec wojny ukonstytuował podział terytoriów, a wraz z nim wyniósł na tron nową dynastię, dynastię Tudorów, która patrzyła na Francję i swoje miejsce w Europie w odrębny sposób.

Dominik Sucharzewski

Król, który dotykał i uzdrawiał

W jednym z poprzednich tekstów opisywałem wiarę w magiczne włosy króla obecną w Królestwie Franków. Elementów sakralizacji władzy świeckiej w średniowiecznej, a później także nowożytnej Francji jest jednak znacznie więcej. Najdłużej utrzymującym się był rytuał dotyku królewskiego (fr. le toucher royal). Wierzono, że położenie rąk władcy na osobie chorej ma moc uzdrowienia jej. Uzdrowienie to było szczególnie skutecznym remedium na jedną, obecnie zapomnianą już chorobę.

Tradycja ta sięga czasów bardzo dawnych. Już Chlodwig, pierwszy chrześcijański król Franków, miał być obdarzony szczególną mocą, choć źródła milczą o konkretnych cudach. Dopiero w XI wieku pojawiają się pierwsze świadectwa rytuału uzdrawiania, związanego z osobą Roberta Pobożnego. Od tego momentu dotyk królewski staje się elementem praktyki władzy.

Choroba królewska

Najczęściej „leczoną” chorobą były skrofuły, czyli gruźlicze zapalenie węzłów chłonnych. W średniowieczu choroba ta była powszechna. Brak higieny, niedożywienie i ciasnota miast sprzyjały jej rozwojowi. Twarze i szyje chorych bywały pokryte ropiejącymi guzami, a widok skrofulika budził lęk i odrazę. Dla ludzi epoki była to choroba szczególna; długotrwała, nawracająca, czasem jednak ustępująca sama z siebie. Idealna, by przypisać jej cudowny charakter. To właśnie na nią najskuteczniejszym (według niektórych podań jedynym) lekiem był dotyk królewski, czasami okraszony znakiem krzyża i słowami: „Król cię dotyka, a Bóg uzdrawia” (fr. Le Roi te touche, Dieu te guérit).

Cud i polityka

Kościół patrzył na ten rytuał z rosnącą nieufnością. Reforma gregoriańska XI wieku dążyła do wyraźnego rozdziału władzy świeckiej i duchownej. Papieże uznawali królewskie uzdrawianie za uzurpację. Królewski dotyk, jak i inne zwyczaje związane z sakralizacją władzy świeckiej w średniowieczu (jak np. odpuszczanie grzechów swoim rycerzom przed bitwą) były jednak przez Kościół co do zasady tolerowane.

Królowie Francji myśleli jednak inaczej. Dla nich cud królewski był dowodem boskiego pochodzenia władzy. Sięgał czasów Chlodwiga, a więc samych fundamentów monarchii. Broniąc rytuału, bronili nie tylko tradycji, lecz także swojej pozycji wobec Kościoła. Z czasem uzdrawianie stało się elementem ideologii monarchii absolutnej, znakiem, że król stoi ponad wszystkimi, nawet duchowieństwem.

Koniec świętego króla

Wszystko to zaczęło się kruszyć dopiero w XVIII wieku. Oświecenie podważyło wiarę w cuda, a wraz z nią wiarę w sakralny charakter monarchii. Król przestał być pośrednikiem między Bogiem a ludem. Stał się człowiekiem – obywatelem. Egzekucja Ludwika XVI była ostatecznym dowodem na to, że krew w królewskich żyłach nie różni się niczym od krwi jego poddanych. Był to symboliczny moment odarcia monarchii za wszystkiego, łącznie z jej świętością. Po rewolucji francuskiej, mimo okresu restauracji, nie patrzono na władzę królewską tak samo. Symbolicznym epilogiem tej wielowiekowej tradycji był rok 1825. Wówczas to Karol X, król z czasów restauracji Burbonów, zdecydował się jeszcze raz odprawić rytuał uzdrawiania chorych na skrofuły. Był to już wówczas gest anachroniczny i zwyczajnie śmieszny. Ceremonia Karola X nie wzbudziła wiary, lecz ironię prasy. Gazety epoki opisywały ją z drwiną (na tyle na ile było to możliwe), traktując ją nie jako akt pobożności, lecz jako osobliwy relikt minionych wieków. Po 1825 roku nikt nie próbował już wracać do tej praktyki. Cud królewski przeszedł definitywnie do historii. Rytuał ten znany był również w innych częściach Europy (przede wszystkim na Wyspach Brytyjskich), nigdzie jednak nie był uskuteczniany tak długo jak we Francji.

Dominik Sucharzewski

Na pierwszy rzut oka Boże Narodzenie w całej Kanadzie może wydawać się bardzo podobne: udekorowane choinki, rodzinne posiłki, wymiana prezentów i zimowe tradycje obecne od wybrzeża do wybrzeża. Pod tymi powierzchownymi podobieństwami kryją się jednak dwa odmienne modele kulturowe Bożego Narodzenia; jeden ukształtowany w Quebecu, drugi w anglojęzycznych prowincjach Kanady. Zrozumienie ich korzeni historycznych pomaga wyjaśnić, dlaczego w Quebecu tak centralną rolę odgrywa Wigilia, dlaczego święta koncentrują się tam na jedzeniu i rytuale oraz dlaczego w anglosaskiej Kanadzie większy nacisk kładzie się na pierwszy dzień świąt, obdarowywanie prezentami i bardziej skomercjalizowany charakter świąt.

Boże Narodzenie w Quebecu ma swoje korzenie bezpośrednio w Nowej Francji (1608–1760), kolonii założonej i zamieszkanej niemal wyłącznie przez francuskich katolików. W tym kontekście święta były przede wszystkim uroczystością religijną, głęboko zakorzenioną w katolickim kalendarzu liturgicznym. Życie społeczne i codzienne podporządkowane było Kościołowi, szczególnie w czasie długich zim doliny Rzeki Świętego Wawrzyńca.

Centralnym wydarzeniem świąt była pasterka (la messe de minuit) odprawiana w noc wigilijną. Rodziny często pokonywały duże odległości w trudnych warunkach, aby wziąć w niej udział, po czym zbierały się na późnonocny, uroczysty posiłek zwany „réveillon”. Ten zwyczaj odzwierciedlał ówczesną praktykę katolickiej Europy, gdzie dni świąteczne rozpoczynają się wieczorem dnia poprzedzającego.

Ze względu na izolację pierwszych osad francusko-kanadyjskich oraz surowe zimy, Boże Narodzenie stało się świętem zbiorowego przetrwania i ciągłości, a nie widowiska. Podkreślano w nich przede wszystkim spójność rodziny, przekazywanie tradycji z pokolenia na pokolenie, sycące, symboliczne potrawy, takie jak tourtière czy ragout, tradycję ustną, pieśni i folklor. Święta nie były więc zaprojektowane z myślą o rozrywce dla dzieci ani o pobudzaniu handlu.

Po brytyjskim podboju w 1760 roku francuskojęzyczni katolicy stali się mniejszością kulturową w obrębie Imperium Brytyjskiego. W tej nowej rzeczywistości administracja brytyjska przekazała dużą część zadań przynależnych administracji kolonialnej na rzecz Kościoła katolickiego, w tym edukację oraz ochronę zdrowia. Kościół korzystając ze swych przywilejów przybrał w Quebecu dodatkową rolę strażnika języka francuskiego, kultury i tożsamości w opozycji do Anglosasów. Tradycje bożonarodzeniowe stały się w związku z tym aktami ochrony dziedzictwa, kultury i języka. Podtrzymywanie pasterki, francuskich kolęd i katolickich rytuałów było sposobem na opór wobec asymilacji i utrwalanie pamięci zbiorowej. Dzięki temu Quebec zachował starszą, bardziej europejską formę Bożego Narodzenia znacznie dłużej niż inne regiony Ameryki Północnej.

Spokojna Rewolucja lat 60. XX wieku doprowadziła do gwałtownego spadku wpływu Kościoła w Quebecu. Uczestnictwo w nabożeństwach zmalało, a Boże Narodzenie utraciło dużą część swojego religijnego charakteru. Mimo to struktura kulturowa świąt okazała się niezwykle trwała. Pasterka przestała być aż tak powszechna, lecz nocne spotkania rodzinne, tradycyjne potrawy oraz kolędy pozostały. W dzisiejszym Quebecu Boże Narodzenie bywa postrzegane jako święto najpierw kulturowe, a dopiero potem religijne. Oczywiście zachodzą wyraźne różnice pomiędzy dużymi miastami a obszarami wiejskimi, jednakże sekularny charakter świąt jest trendem ogólnospołecznym.

W anglojęzycznej Kanadzie tradycje związane z Bożym Narodzeniem rozwijały się znacznie wolniej. Wielu brytyjskich protestantów, zwłaszcza purytanów, często odnosiło się do niego z podejrzliwością. Uważano je za zbyt katolickie, zbyt rozwiązłe moralnie oraz pozbawione wyraźnego uzasadnienia biblijnego. W XVIII wieku święta obchodzono skromnie albo wcale, a Nowy Rok bywał ważniejszym wydarzeniem towarzyskim.

Współczesna forma anglosaskiego Bożego Narodzenia wykształciła się głównie w XIX wieku, pod wpływem kultury wiktoriańskiej Wielkiej Brytanii. To wówczas upowszechniono tradycję choinki, powstała „Opowieść wigilijna” Charlesa Dickensa, oraz skoncentrowano obchodzenie Świąt Bożego Narodzenia wokół domu i rodziny odchodząc od modelu nabożeństw kościelnych w tym okresie roku. Jako część Imperium Brytyjskiego anglojęzyczna Kanada szybko przejęła te wiktoriańskie zwyczaje poprzez prasę, książki i wspólne normy kulturowe. Boże Narodzenie stało się symbolem mieszczańskiej stabilności, harmonii społecznej i szacunku znacznie bardziej niż aktem religijnej pobożności.

W XX wieku Stany Zjednoczone wywarły ogromny wpływ na sposób obchodzenia Bożego Narodzenia w anglosaskiej Kanadzie. Hollywood, reklama, radio i telewizja spopularyzowały postać Świętego Mikołaja, filmy świąteczne oraz konsumpcyjny charakter świąt. W rezultacie Boże Narodzenie nabrało charakteru silnie skomercjalizowanego, skoncentrowanego wokół poranku pierwszego dnia świąt (to wówczas w kulturze anglosaskiej rozdaje się prezenty), ściśle powiązanego z zakupami i wyprzedażami.

Boże Narodzenie w Quebecu i w anglojęzycznej Kanadzie nie tylko rozwijało się w różny sposób — zostało zbudowane na zupełnie odmiennych fundamentach. W Quebecu wyrosło z przedindustrialnego, katolickiego społeczeństwa nastawionego na przetrwanie i ochronę tożsamości. W anglosaskiej Kanadzie zostało w dużej mierze ukształtowane w XIX wieku, pod wpływem ideałów wiktoriańskich, a następnie wzmocnione przez amerykańską kulturę konsumpcyjną. Dziś te dwa modele współistnieją w jednym państwie, czasem się przenikając, a czasem pozostając odrębne. Razem stanowią rzadki przykład tego, jak jedno święto może wyrażać dwie równoległe historie kulturowe, z których każda snuje własną opowieść o wierze, rodzinie i znaczeniu zimowego świętowania.

Dominik Sucharzewski

Podczas gdy frankofońska Kanada wciąż funkcjonuje i rozwija się, nic nie pozostało po dawnym francuskim imperium kolonialnym w Ameryce Północnej, wie to każdy. Czy aby na pewno?

Do czasów współczesnych ostał się, niczym samotna wioska Galów z komiksów Goscinnego, ostatni skrawek dawnego imperium. Są nim Wyspy Saint-Pierre et Miquelon, francuska wspólnota zamorska u wybrzeży Nowej Fundlandii. Grupa niewielkich wysp, zamieszkanych przez zaledwie sześć tysięcy mieszkańców, jest ostatnią pozostałością po dawnej Nowej Francji rozciągającej się niegdyś od Montrealu po Nowy Orlean.

Wyspy dorsza i pionierów

Historia wysp od samego początku związana była z połowami dorsza, ryby, która w XVII wieku była jednym z najcenniejszych surowców w Europie. Wyspy odkryte zostały prawdopodobnie jeszcze przez Portugalczyków na początku XVI wieku, jednak to wyprawy Jacques’a Cartiera, jednego z najważniejszych francuskich odkrywców Ameryki Północnej, położyły podwaliny pod ich zasiedlenie.

Pierwsza stała osada na Saint-Pierre i Miquelon powstała w 1604 roku. Zamieszkali tam pionierzy z Baskonii, Bretanii i Normandii, którzy wykorzystywali wyspy jako bazę do połowów i suszenia dorsza, eksportowanego później do Francji. Wkrótce archipelag został włączony do francuskiej kolonii Akadia, będącej częścią większej struktury, Nowej Francji. Przez ponad sto lat wyspy pozostawały w rękach Francuzów.

Wojny i utraty

W wyniku wojny o sukcesję hiszpańską i traktatu w Utrechcie z 1713 roku całe terytorium Nowej Fundlandii przekazane zostało Brytyjczykom. Podobny los spotkał francuską społeczność Saint-Pierre i Miquelon.

Po kolejnej wojnie, wojnie siedmioletniej (1756–1763), Francja utraciła wszystkie swoje terytoria w Kanadzie, ale na mocy traktatu paryskiego z 1763 roku zdołała odzyskać niewielki archipelag Saint-Pierre i Miquelon jako bazę rybacką. To był symboliczny, ostatni przyczółek francuskiej obecności w Nowym Świecie.

W następnych dekadach wyspy były wielokrotnie plądrowane, okupowane i wysiedlane, szczególnie podczas konfliktów francusko-brytyjskich. Mimo to nigdy nie przestały formalnie należeć do Francji.

Przemyt i prohibicja

Jednym z najbarwniejszych epizodów w historii wysp były lata 20 XX wieku, kiedy to Saint-Pierre i Miquelon stały się centrum przemytu alkoholu do Stanów Zjednoczonych.

W czasach amerykańskiej prohibicji (1920–1933) francuski archipelag kwitł jak nigdy wcześniej. Był legalnie francuski, a więc mógł importować alkohol z Europy, który następnie przemycano na amerykańskie wybrzeże.

Na wyspach powstawały magazyny, bary, a miejscowa gospodarka przeżyła prawdziwy boom. Dopiero koniec prohibicji położył kres tej złotej dekadzie.

Saint-Pierre i Miquelon dziś

Dziś Saint-Pierre i Miquelon stanowią wspólnotę zamorską Francji (collectivité d’outre-mer). Nie jest to departament w klasycznym sensie, jak Martynika czy Gwadelupa, ale terytorium o szerokiej autonomii, podległe bezpośrednio Paryżowi.

Na czele lokalnych władz stoi prefekt, reprezentujący rząd francuski, oraz Rada Terytorialna wybierana przez mieszkańców. Na wyspach obowiązuje francuskie prawo oraz używa się euro.

Społeczeństwo liczy nieco ponad 6 tysięcy osób, z czego większość stanowią potomkowie osadników z Normandii, Bretanii i Baskonii. Głównym źródłem utrzymania są dziś rybołówstwo, administracja publiczna, usługi i turystyka, przy czym gospodarka jest w dużej mierze wspierana finansowo przez Francję.

Na ulicach słychać francuski akcent, sklepy wyglądają jak w Normandii, a codzienny rytm życia wyraźnie różni się od tego w Kanadzie, mimo że do Nowej Fundlandii jest zaledwie 25 kilometrów.

Niezależność czy integracja?

Na przestrzeni XX wieku pojawiały się pomysły połączenia archipelagu z Kanadą lub uzyskania niepodległości. Dyskusje nasiliły się zwłaszcza po II wojnie światowej, gdy terytorium przeszło przemiany administracyjne.

W referendum z 1982 roku większość mieszkańców opowiedziała się jednak wyraźnie za pozostaniem przy Francji, odrzucając pomysł integracji z Kanadą.

Dla mieszkańców Saint-Pierre i Miquelon przynależność do Francji jest nie tylko kwestią gospodarczą, ale też elementem tożsamości, symbolicznym związkiem z historią Nowej Francji i kulturą metropolii.

Dziedzictwo

Dziś wyspy są żywym muzeum dawnej Nowej Francji. Ich nazwy, język, architektura i codzienne rytuały przypominają o epoce, gdy Francja marzyła o imperium sięgającym od Labradoru po Zatokę Meksykańską.

Dominik Sucharzewski

W poprzednim wpisie pisałem o ekonomicznej genezie osadnictwa francuskiego na terenie dzisiejszej Kanady. W tym tekście pochylę się nad kwestiami językowymi i tożsamościowymi. Zanim powstała jakakolwiek administracja kolonialna, zanim ukształtowały się granice i instytucje, pionierzy i odkrywcy musieli nadać nazwy nowym miejscom. Tak właśnie narodziły się terminy: Acadie, Canada, Quebec i Nouvelle-France.

Nowa Francja — imperium, które zniknęło z mapy

Na długo przed tym, jak Acadie, CanadaQuebec zaczęły funkcjonować jako nazwy konkretnych regionów, Francuzi używali jednego, ogólnego określenia: Nouvelle-France, czyli Nowa Francja. Było to pojęcie administracyjne, ale też ideologiczne. Oznaczało wszystkie ziemie w Ameryce Północnej, do których Francja rościła sobie prawa od XVI wieku.

Terytorium Nowej Francji było ogromne, choć słabo zaludnione. Obejmowało dolinę rzeki Świętego Wawrzyńca (dzisiejszy Quebec), wybrzeża Atlantyku (Acadie), region Wielkich Jezior i wnętrze kontynentu (Canada), a także rozległe połacie na południu, które z czasem nazwano Louisiane. Z czasem poszczególne obszary zaczęły rozwijać własne tożsamości, a nazwy regionalne nabierać autonomicznego znaczenia.

Akadia — mityczna kraina i pamięć utraconej ojczyzny

Akadia (fr. Acadie) to jedna z pierwszych nazw francuskich kolonii w Ameryce Północnej. Obejmowała tereny dzisiejszej Nowej Szkocji, Nowego Brunszwiku, Wyspy Księcia Edwarda, a także część obecnego stanu Maine. Skąd wzięła się ta nazwa? Istnieje kilka teorii.

Niektórzy badacze twierdzą, że wywodzi się ona z greckiego „Arkadia” — idealizowanej krainy spokoju i łagodności, znanej z literatury renesansowej. Inni wskazują na rdzenne źródła — termin mógł pochodzić z języków algonkińskich lub mikmakskich i oznaczać „ziemię” albo „osadę”. Niewykluczone też, że oba wątki splotły się w praktyce językowej i kartograficznej ówczesnych Europejczyków.

Przez ponad sto lat Akadia rozwijała się jako francuska kolonia nad Atlantykiem. Powstała tam unikalna społeczność, czyli Akadyjczycy. Była to ludność francuskojęzyczna, silnie zakorzeniona w lokalnej kulturze i krajobrazie. Ich historia została brutalnie przerwana w połowie XVIII wieku. W latach 1755–1764 Brytyjczycy przeprowadzili tzw. Wielką Deportację (fr. le Grand Dérangement), zmuszając tysiące rodzin do opuszczenia domów. Część z nich trafiła do Luizjany, gdzie ich potomkowie znani są dziś jako Cajuns.

Do dziś Acadie pozostaje symbolem utraconej ojczyzny, przetrwania i tożsamości. Flaga Akadii powiewa w Nowym Brunszwiku, a 15 sierpnia obchodzony jest Dzień Akadii. W Luizjanie Cajuns często nazywają samych siebie Cadien. Jest to uproszczona, fonetyczna wersja dawnego Acadien.

Canada — ze wsi do państwa

Historia nazwy Canada zaczyna się bardzo niepozornie. W 1535 roku Jacques Cartier, eksplorując okolice dzisiejszego Quebecu, usłyszał od miejscowych Irokezów słowo kanata, które oznaczało po prostu „wioskę” lub „osadę”. Mieszkańcy wskazywali tak na konkretną osadę — Stadaconę. Cartier błędnie zinterpretował to jako nazwę całego regionu.

Termin ten szybko się przyjął. Od połowy XVII wieku funkcjonował on jako określenie głównej francuskiej kolonii w dolinie Świętego Wawrzyńca. Po przejęciu tych ziem przez Brytyjczyków w 1763 roku, a później po unii kolonii w 1867 roku, Canada stała się oficjalną nazwą państwa. Dziś słowo pochodzące z rdzennego języka, oznaczające skromną wioskę, odnosi się do drugiego największego kraju na świecie.

A co z Quebeciem?

W rozważaniach o nazwach nie sposób pominąć Quebecu — terminu, który dziś jednoznacznie kojarzy się z frankofońską Kanadą. Nazwa ta wywodzi się najprawdopodobniej z języka algonkińskiego. Słowo kebec oznaczało „gdzie rzeka zwęża się” lub „miejsce, gdzie wody się zbiegają”. Rzeczywiście w okolicach dzisiejszego miasta Quebec rzeka Świętego Wawrzyńca znacząco się zwęża, tworząc naturalny punkt strategiczny.

To właśnie tam, w 1608 roku, Samuel de Champlain założył stałą osadę francuską w Kanadzie. Miejsce to szybko stało się centrum administracyjnym, wojskowym i handlowym Nowej Francji. Kiedy w XIX wieku nazwa Canada zaczęła odnosić się do całego państwa, określenie Quebec przejęło rolę nazwy regionalnej. Dziś odnosi się zarówno do miasta, jak i do prowincji, w której język francuski nadal pozostaje żywy i dominujący.

Frankofońskich nazw w Ameryce Północnej jest wiele. Każda z nich nosi ładunek emocjonalny i tożsamościowy, a ich genezy często pozostają prozaiczne i przypadkowe.

Dominik Sucharzewski

Na naszym blogu ruszamy z nowym cyklem, w którym opowiadać będziemy o historii, zwyczajach i kulturze frankofońskiej Kanady. W odcinku pierwszym – opowieść o fundamentalnym znaczeniu, jakie miały bobry (a właściwie: ich futra) w rozwoju francuskiego osadnictwa w Ameryce Północnej, a co za tym idzie – w powstaniu Montrealu i całej dzisiejszej prowincji Quebec.

Współczesnemu Europejczykowi Kanada kojarzy się głównie z syropem klonowym i grą w hokeja. Nie zawsze jednak tak było. W XVII i XVIII wieku kraj ten znany był przede wszystkim jako źródło bobrzego futra – surowca pożądanego, cennego i absolutnie niezbędnego.

Futro warte imperium

W Europie trwała tzw. mała epoka lodowcowa – zimy były długie i srogie, a produkcja odzieży odbywała się głównie w niewielkich manufakturach. W świecie przedindustrialnym nie było nic bardziej praktycznego i luksusowego niż bobrze futro: ciepłe, trwałe i doskonałe do wyrobu filcu, z którego szyto min. modne kapelusze.

Skutki? W Europie Zachodniej bobry niemal wyginęły – do dziś np. we Włoszech żyje ich tylko około 60 sztuk. Surowca zaczęto więc szukać gdzie się da: na ziemiach Rzeczypospolitej, w syberyjskiej tajdze, a w końcu – za oceanem. Tak właśnie bobry stały się, zupełnie nieświadomie, czynnikiem państwotwórczym współczesnej Kanady.

Francuzi nad Świętym Wawrzyńcem

Początkowe osadnictwo francuskie koncentrowało się w dolinie rzeki Świętego Wawrzyńca. Można nią było łatwo spływać w głąb kontynentu – gdzie wiatry były łagodniejsze, a warunki obronne lepsze niż w portach nad oceanem.

Osadnicy szybko dostrzegli, że rzeki i jeziora tych ziem są pełne bobrów, jakich nie widziano w Europie od dziesięcioleci. Uznano ten obszar za doskonałe miejsce dla kolonizacji i handlu. Aby wesprzeć pionierskie wysiłki, kardynał Richelieu, na polecenie króla Ludwika XIII, powołał w 1627 roku Kompanię Stu Wspólników (fr. La Compagnie des Cent-Associés). Jej oficjalna nazwa brzmiała Kompania Nowej Francji (fr. La Compagnie de la Nouvelle-France). To właśnie pod tą nazwą Francuzi zaczęli identyfikować te ziemie.

fot. wododział rzeki Świętego Wawrzyńca i Wielkich Jezior

Coureurs des bois – bobrzy akwizytorzy

Kluczowe znaczenie miała tu współpraca z rdzenną ludnością. Francuzi, w przeciwieństwie do Brytyjczyków czy Hiszpanów, nie budowali potęgi na podboju, lecz na handlu. W relacjach z plemionami opierali się na systemie wymiany, który uznawany jest przez współczesnych historyków za względnie uczciwy.

Rdzenne społeczności miały wielowiekowe doświadczenie w polowaniu na bobry, choć nigdy wcześniej na taką skalę. Wiele plemion zaczęło specjalizować się wyłącznie w tej dziedzinie. Nowa Francja zamieniła się w jedno wielkie przedsiębiorstwo futrzarskie: miasta były faktoriami, drogi – rzekami, a walutą – futro.

Wykształciła się też unikalna postać handlarza – coureur des bois, czyli dosłownie „gońca leśnego”. Nie byli to zwykli kupcy. Byli traperami, odkrywcami, tłumaczami i pośrednikami kulturowymi w jednej osobie.

Francuzi nie tylko siedzieli w faktorii i liczyli skóry. Futro trzeba było zdobyć – dotrzeć do rdzennych społeczności, wynegocjować wymianę, przetransportować towar przez setki kilometrów dzikich lasów i jezior. Coureurs des bois żyli wśród Indian, poznawali ich języki, obyczaje, a często także wchodzili z nimi w związki małżeńskie.

To właśnie oni jako pierwsi Europejczycy zobaczyli Wielkie Jeziora, Góry Skaliste i równiny Manitoby – wszystko to w pogoni za bobrem.

Montreal – bobrze miasto

W 1642 roku Paul de Chomedey de Maisonneuve założył osadę Ville-Marie – dziś znaną jako Montreal. Jej położenie, u zbiegu szlaków wodnych, czyniło z niej idealny punkt handlowy. W krótkim czasie Montreal stał się centrum futrzanego imperium: magazynem, portem przeładunkowym i punktem kontaktowym z interiorem. Bez bobrów nie byłoby tego największego frankofońskiego miasta po drugiej stronie Atlantyku.

Bóbr zarzewiem konfliktu

Oczywiście Francuzi nie byli jedynymi, którzy chcieli zarobić na gryzoniach. W 1670 roku Anglicy założyli Kompanię Zatoki Hudsona (ang. Hudson’s Bay Company) – korporację z królewską kartą i ogromnymi ambicjami. Zamiast korzystać z rzek, jak Francuzi, Anglicy użyli Zatoki Hudsona jako bazy wypadowej w głąb kontynentu. Wraz z tym wydarzeniem rozpoczęła się długa rywalizacja francusko-angielska o futra, ziemie i wpływy – temat, do którego niewątpliwie wrócimy w kolejnych odcinkach.

Dziedzictwo bobrów

Kiedy w XIX wieku Kanada budowała swoją tożsamość narodową, bóbr nie został zapomniany. Stał się symbolem ciężkiej pracy, zaradności i pomysłowości – cech uznawanych za typowo kanadyjskie.

Dziś widnieje na monecie 5-centowej, w herbie Kanady, nazwach wielu orderów i instytucji. W 1975 roku bóbr został oficjalnie ogłoszony narodowym zwierzęciem Kanady. Całkiem niezła kariera jak na gryzonia, którego przez wieki bardziej ceniono martwego niż żywego.

fot. rewers kanadyjskiej pięciocentówki

Początki frankofońskiej Kanady to klasyczna opowieść z Nowego Świata: o ekspansji ekonomicznej, odwadze, harcie ducha i spotkaniu kultur. W czasach, gdy Europa marzyła o eleganckim kapeluszu, Nowa Francja budowała swoją przyszłość na futrze bobra.

Dominik Sucharzewski

Pikardia to historyczny region położony w północnej części Francji, słynący z niezwykłego dziedzictwa architektonicznego, malowniczych krajobrazów i silnej tożsamości kulturowej. Od reformy administracyjnej w 2016 roku, wraz z Nord-Pas-de-Calais, tworzy nowy region Hauts-de-France, jednak mieszkańcy Pikardii wciąż pielęgnują swoją odrębność – nie tylko poprzez tradycje, ale także dzięki własnemu językowi: językowi pikardyjskiemu.

Język pikardyjski – żywe dziedzictwo regionu

Język pikardyjski należy do grupy języków langues d’oïl, z której wywodzi się także współczesny język francuski. Choć potocznie nazywany jest czasem „językiem ch’ti”, nie są to pojęcia tożsame – istnieją między nimi różnice fonetyczne i leksykalne.

Mimo że język ten jest nadal nauczany w niektórych placówkach edukacyjnych (na przykład na Uniwersytecie w Amiens – UPJV), liczba jego użytkowników systematycznie maleje. UNESCO uznało go za język poważnie zagrożony wymarciem.

Język pikardyjski różni się od francuskiego nie tylko słownictwem i gramatyką, ale także wymową. Poniżej kilka przykładów:

PikardyjskiFrancuski
AnmiensAmiens
ch’cinsierfermier
virvoir
FifineJoséphine
Ch’est tiC’est toi
in preumeen premier
chl’onkel’oncle
ech vintele ventre
tchienchien

Amiens – stolica Pikardii

Historyczna stolica regionu, Amiens, to miasto o wyjątkowym znaczeniu kulturalnym i architektonicznym. Dumą mieszkańców jest monumentalna Katedra Notre-Dame d’Amiens – arcydzieło gotyku wybudowane w latach 1220–1270. To najwyższa katedra we Francji, wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

W Amiens warto odwiedzić również Musée de Picardie, jedno z najstarszych muzeów we Francji. W jego zbiorach znajdują się dzieła sztuki od starożytności po XIX wiek, a nawet… autentyczna mumia egipska.

Z Amiens pochodzą znane postaci, w tym Emmanuel Macron, obecny prezydent Francji, oraz Jules Verne, słynny pisarz, który znaczną część życia spędził właśnie tutaj. Dziś można zwiedzać jego dawny dom oraz Cyrk Jules’a Verne’a, przy którego otwarciu sam autor wygłosił mowę.

Amiens nazywane bywa również „Małą Wenecją Północy”, dzięki licznym kanałom wodnym przecinającym zabytkowe uliczki dzielnicy Saint-Leu. Atrakcją są też ogrody „Hortillonnages” – ponad 300 hektarów pływających ogrodów, które można zwiedzać łodzią.

Kultura i kulinaria Pikardii

Silna tożsamość kulturowa mieszkańców Pikardii widoczna jest nie tylko w języku, lecz także w architekturze, sztuce i kuchni. Charakterystyczne czerwone cegły z białymi wykończeniami dominują w zabudowie wsi i miast. Region ten ma również swoje unikalne instrumenty muzyczne – dudy pikardyjskie, znane jako pipasso, wykorzystywane w tradycyjnej muzyce ludowej.

W lokalnej kuchni królują specjały, takie jak:

  • Pasztet z kaczych wątróbek,
  • Crème Chantilly
  • regionalne piwa z browaru Brasserie de Clercq w Péronne.

Co ciekawe, wielu badaczy uważa, że styl gotycki narodził się właśnie w Pikardii. Katedry, kościoły i budowle tego regionu stanowią często wzór i punkt odniesienia dla całej europejskiej architektury sakralnej późnego średniowiecza.

Pikardia to świetne i mało oczywiste miejsce na wakacje we Francji. Piękna architektura, wspaniała kultura i pyszne jedzenie przyciągają turystów z całej Francji i nie tylko.

Dominika Lella

Jest 1914 rok. Trwa I Wojna Światowa. Na froncie zachodnim, niemieckie wojska posuwają się naprzód, niebezpiecznie zbliżając się do Paryża. Mają nadzieję na to, że Plan Schlieffena powiedzie się i szybko pokonają Francję. W końcu docierają nad brzeg rzeki Marny. Francuzi zaczynają panikować, rząd ucieka ze stolicy. 5 września rozpoczyna się pierwsza bitwa nad Marną. Sytuacja robi się coraz bardziej krytyczna. Konieczne jest wzmocnienie 6 armii generała Maunoury’ego. Żołnierze czekają w stolicy na transport, ale w okolicy brakuje już środków transportu – same pociągi nie wystarczają. Dlatego też wojskowy gubernator Paryża – generał Gallieni oraz szef sztabu – generał Clergerie wpadają na pomysł, aby żołnierzy na front zawiozły paryskie taksówki.

6 września 1914 roku francuska armia zaczęła rekwirować pierwsze pojazdy. W nocy pierwsze 630 taksówek zebrało się na Les Invalides w Paryżu i wyjechało w stronę Tremblay-Lès-Gonesse i Mesnil-Amelot (później zostali jednak skierowani w stronę Sevran-Livry). Kolejne 700 taksówek ruszyło natomiast w kierunku Gagny. W miejscu docelowym zaczęto organizować konwoje, które w nocy z 7 na 8 września ruszyły na front, a dokładniej do  Nanteuil-le-Haudouin i Silly-le-Long, gdzie nad ranem przetransportowali już żołnierzy. W każdej taksówce jechało od 4 do 5 mężczyzn z 103 i 104 pułku. Łącznie przewieziono 6000 żołnierzy wraz z ekwipunkiem. Po zakończeniu transportu taksówkarze powrócili do stolicy, gdzie odebrali należyte wynagrodzenie, które było naliczane w normalny sposób według taksometru. Łącznie akcja ta kosztowała 70 000 franków.

Mimo iż wydarzenie to do dzisiaj budzi podziw i uznanie, to sama podróż nie odbywała się bez przeszkód. Nie wszystkie pojazdy były do niej przystosowane. Zdarzały się sytuacje uszkodzonych i przebitych opon. Dodatkowo taksówki miały zapalone tylko tylne światła, co w warunkach nocnych było znaczącym problemem. Niektóre taksówki drogę, lub (mimo prędkości 25 km/h) zderzały się z innymi pojazdami. Nasiliło się to w szczególności, gdy pojazdy wracające z miejsca docelowego mijały się na wąskich drogach z tymi, które jeszcze nie dowiozły żołnierzy.

Dominika Lella